Skip to main content

Granice heroizmu matki

Artykuł z „Gościa Niedzielnego”

Nr 50/2020

https://www.gosc.pl/doc/6645768.Granice-heroizmu-matki

Rozmowa Agaty Puścikowskiej z ks. dr hab. Piotrem Kieniewiczem – specjalistą w dziedzinie teologii moralnej.

Zajmuje się bioetyką, głównie zagadnieniami ludzkiej prokreacji.

– Nie można i nie trzeba wymagać od kobiety poświęcenia swojego życia, by zachować dziecko – mówi ks. dr hab. Piotr Kieniewicz.

Agata Puścikowska: Ostatnio słychać: urodzenie chorego dziecka to heroizm. Nie wolno zmuszać do heroizmu. Nie wolno?

Ks. Piotr Kieniewicz MIC: Do heroizmu, czyli bohaterstwa, faktycznie zmuszać nikogo nie można. Ale z doświadczenia mojej pracy z rodzinami i obserwacji wiem, że przyjęcie chorego dziecka przez matkę i ojca nie jest przez nich tak traktowane. To zewnętrzni obserwatorzy mówią o tej sytuacji: heroizm. Jednak w takim postrzeganiu nie ma miłości wobec dziecka. Co najwyżej jest jakieś politowanie dla decyzji. Współczesność jest odarta z szacunku do człowieka, zwłaszcza tego małego. Ważniejsi są ci, których widzimy, niż ukryci w łonach matek. Miłość kosztuje, a my jako społeczeństwo chcemy, żeby nam nikt głowy nie zawracał, nie obciążał nas, nie kosztował. „Ja” jestem na samym szczycie, nie liczy się nic i nikt inny. I dobrze ktoś powiedział: „Wszyscy troszczą się o siebie. I tylko ja się troszczę o mnie”. Nie pytajmy o heroizm. Pytajmy o skalę naszego egoizmu.

Ale jednak bywa tak, że same matki mówią: „Nie wymagajcie od nas heroizmu”.

Określenie „same” będzie tu kluczowe. Kobieta mówi też czasem: „Wybrałam mniejsze zło”, bo była opuszczona – fizycznie, emocjonalnie czy psychicznie. Zabrakło poczucia, że obok są życzliwi, pomocni ludzie. Czasem wprost słyszą lub czują: „Jeśli już chcesz urodzić, no to sobie urodź. Nic nam do tego”. Czują się rozdarte, zdradzone, bez wewnętrznej siły, by walczyć o dziecko. Czują, że nie mają wyboru. Bywa zresztą, że nawet od lekarzy kobieta słyszy, że „terminacja ciąży to dobro dla dziecka”. Żadna matka nie chce cierpienia dziecka, więc jeśli trafi na nieodpowiedzialnego medyka, decyduje się na aborcję eugeniczną. Trzeba jasno podkreślić: nawet jeśli dziecko jest chore nieuleczalnie, letalnie, życie kobiety nie jest zagrożone. Ciąża musi być oczywiście dobrze monitorowana, a lekarze mają obowiązek jak najlepiej opiekować się kobietą i jej dzieckiem. Poród musi być poprowadzony profesjonalnie, w najlepszym dla kobiety momencie. Po porodzie dziecko i matka muszą być otoczone opieką. To są prawa kobiety, o które powinniśmy walczyć. Tymczasem zamiast dostać wsparcie i opiekę, kobieta słyszy, że „ma prawo” do zabicia. Wręcz doświadcza formalnych nacisków. A przecież prawa jednego człowieka, w tym matki, kończą się tam, gdzie zaczynają się prawa drugiego człowieka. W tym przypadku – dziecka. Prawa też podlegają hierarchii: jeśli moje prawa naruszają prawa fundamentalne drugiego człowieka, zostają zawieszone. Nie mam prawa zabić drugiego człowieka i kropka. A jeśli prawo wartościuje jakość życia i wskazuje, czyje życie jest lepsze, a czyje gorsze, to staje się prawem totalitarnym. Nawet jeśli jest demokratycznie ustanowione.

A sytuacja, w której dziecko jest zdrowe, a matka chora, lecz decyduje się urodzić? Czy to nie heroizm?

Z pewnością. Chociaż gdy czytam i słyszę o takich sytuacjach, to zauważam, że żadna z matek, które tak zdecydowały, nie nazwałaby siebie bohaterką. Przypadki, w których kobieta rezygnuje z terapii, by urodzić zdrowe dziecko, oczywiście istnieją. Występują jednak ogromnie rzadko, bo współczesna medycyna daje ogromne możliwości, by ratować zarówno matkę, jak i dziecko. Bywa i tak, że skutkiem ubocznym leczenia matki jest śmierć dziecka. W takim jednak przypadku nie można mówić o aborcji.

– Nie można i nie trzeba wymagać od kobiety poświęcenia swojego życia, by zachować dziecko – mówi ks. dr hab. Piotr Kieniewicz.

Nie można zatem wymagać od kobiety poświęcenia swojego życia, by zachować dziecko?

Nie można i nie trzeba. Ale trzeba dać spektrum opcji, solidną diagnostykę, spojrzenie na konkretny przypadek przez kilku różnych lekarzy. Stosowane dziś leki przeciwnowotworowe nie zawsze są zabójcze dla dziecka i lekarz może modyfikować terapię, starając się obronić oboje pacjentów. Jeśli oczywiście mu zależy. Natomiast jeśli mimo wysiłków i starań dziecko umrze, nie możemy winić ani lekarza, ani matki. Nie wolno jednak najpierw zabić dziecka, by potem zająć się matką. I nie wolno zabraniać matce, by ratowała swoje dziecko.

Tak się zdarza?

Niestety. Dlatego tak ważna jest rola lekarzy, ich doskonałe przygotowanie zarówno merytoryczne, jak i etyczne. W Polsce jednak ogromna liczba ginekologów jest w różny sposób doświadczona, skażona aborcyjnie, nie są oni nauczeni szacunku dla ludzkiej płodności, a działają na bazie strachu – przed prokuraturą, oskarżeniami cywilnymi, brakiem pieniędzy etc. Przykro to mówić, ale wielu z wygody, nawet przy podejrzeniu choroby dziecka, kieruje na aborcję eugeniczną. Podobnie gdy kobieta jest chora i pocznie dziecko: z perspektywy wielu lekarzy łatwiej jest dokonać aborcji, niż leczyć kobietę i jednocześnie ratować dziecko. Lekarze wiele potrafią, muszą jednak chcieć to robić i widzieć w tym sens.

Tyle że ta nasza rozmowa to trochę wołanie na puszczy. Lekarze sobie, politycy sobie, kobiety w tym wszystkim najmniej ważne…

Nawet jeśli to wołanie na puszczy, to trzeba wołać i się nie bać. Strach przed mówieniem prawdy, także wśród części duchownych, w efekcie daje przyzwolenie na krzykliwe zło. Trzeba mówić, chociażby efekt wydawał się mizerny, a po drugiej stronie wywoływało to zmasowany, agresywny atak. Trzeba mówić: o konieczności formacji lekarzy, o wychowaniu młodych do odpowiedzialności, o ewangelizowaniu rodzin. Potrzeba odbudowywania naszego człowieczeństwa. Konieczna jest praca z rodzinami, z młodzieżą i formacja mężczyzn, wychowanie ich do dojrzałości, prawdziwej męskości i odpowiedzialności. Taki mężczyzna ochroni kobietę i dziecko. Co do traktowania kobiet, to wydaje mi się, że dla wielu lekarzy i polityków, którzy w teorii walczą o prawa kobiet, te ostatnie są mało istotne. Proponuje im się tylko pójście na pozorne skróty i zastraszenie. Obecna narracja „piekła kobiet” to nic innego jak próba wywołania paniki. Nie rozmawiamy, opierając się na wiedzy i argumentach, lecz na emocjach. Proszę zauważyć, że tak naprawdę doszło do zbudowania zasad i prawa na podstawie wyjątków, sytuacji ekstremalnych: przypadki wad letalnych, nieuleczalnych, są przecież skrajnie rzadkie. Tymczasem taka narracja prowadzi do sytuacji, gdy większość dzieci nie jest chroniona. Nie mówi się też o konieczności kierowania rodzin oczekujących na chore dzieci do hospicjów perinatalnych czy innych ośrodków oferujących pomoc. Nawet nie walczy się za bardzo o tworzenie systemu wspierającego rodziny wychowujące chore dzieci. Mówi się natomiast o „prawie wyboru”, czyli de facto o zabiciu dziecka.

Wygląda na to, że ginekolodzy pro life to dopiero herosi…

Raczej ludzie, którzy naprawdę odkryli powołanie do ratowania człowieka. W Polsce jest ich około 200 i trzeba zrobić wszystko, by było ich więcej: myślę tu chociażby o kursach rozpoznawania płodności, o wzmacnianiu tego środowiska. Mimo że jest ich niewielu, to ginekolodzy szanujący życie istnieją. Jeśli któraś rodzina słyszy niepomyślną diagnozę w czasie ciąży, jeśli kierowana jest na „zabieg”, to jak najszybciej powinna szukać lekarza, który ją właściwie wesprze. Jestem pewny, że otrzyma profesjonalną, właściwą pomoc. •

Ks. dr hab. Piotr Kieniewicz

specjalista w dziedzinie teologii moralnej. Zajmuje się bioetyką, głównie zagadnieniami ludzkiej prokreacji.